Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1 post 7 komentarzy

Bób, Honor, Włoszczyzna, czyli o apogeum wku*wienia

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Chcę zostać kobietą w łachmanach. Z gałganem włosów na głowie, lecz bez obłędu w oczach.

 

Drodzy Czytelnicy tego nietypowego portalu. Od niedawna, w ramach kolejnego hobby, prowadzę sobie blog rozrywkowy O NICZYM, z kozą i warzywami w tle. Rozmyślnie i jak ognia unikam poruszania w nim tematów, które co rusz wstrząsają tym przedziwnym organizmem, jakim jest Opinia Publiczna, bo sama od lat cierpię na depresję, z przygrywającą jej do taktu wielowątkową nerwicą. Na blogu chcę się płytko strywializować, dźgnąć w nerkę ironią, wytarzać w kałuży głupawki i sprowadzić życiowe problemy do poziomu kabaretu, bo tam, zgodnie z moją najskrytszą filozofią, jest ich miejsce. Uważam, że na historię i żałosne poczynania ludzkości należy patrzeć z poziomu (czy też odległości) co najmniej księżyca, jeśli nie sąsiedniej galaktyki, bo dopiero wtedy widać, co miał na myśli autor mówiąc: vanitas, vanitatum, et omnia vanitas.

 

ALE że nie stać mnie na rejs promem kosmicznym, żyję tuż przy samej ziemi (i jestem w połowie drogi do PODziemia), jestem tylko człowiekiem i mam uczucia, to nawet te kilka dziesięcioleci filozoficznych przemyśleń i grube setki niegłupich książek, jakie przeczytałam, nie ratują mnie przed zwykłym wku*wieniem na rzeczywistość, gdy, jak to śpiewał Kazik, “przepełni się czara, głowa spadnie z zegara”. Taki numer mógł się udać chyba tylko facetowi, który mieszkał w beczce. Sam. Pośrodku pustkowia.

 

Ale gdzie ja w Polsce mogę postawić beczkę i w niej zamieszkać, żeby mi jej ktoś nie ukradł, nie oblał farbą, nie opodatkował, nie kazał doprowadzić kanalizacji, zamontować czujki czadu, dokonać opłaty za windę, wysłać zeznania do US o dochodach z tytułu posiadania beczki za ubiegłe 10 lat, wyrobić certyfikatu nieszkodliwości beczki i udowodnić, że nie jest beczkowozem, itd., itp.? Ale NIE, nie o tym, co Wam się kojarzy, będzie ten wpis.

 

Będzie o dobrodziejstwie PRACY zarobkowej w Polsce. Koń jaki jest, każdy widzi. Praca w Polsce jest DAREM pracodawcy dla niegodnego jej pracownika, pracodawca robi ŁASKĘ, a pracownik LASKĘ (wybaczcie, co wrażliwsi etycznie, że zaczerpnęłam z nomenklatury Sikorskiego, ale nie będę konia za jednorożca przebierać), a w skrócie PIP brakuje na końcu literki “A”.

 

Pracowałam przy budowie pewnej słynnej autostrady w Polsce, budowanej w pośpiechu przed pewnym ważnym wydarzeniem (czyli kolejną rozrywką dla mas, kosztującą te masy kupę pieniędzy). Dla głównego wykonawcy, lidera konsorcjum. To i tak był, jak na polskie standardy, pracodawca doskonały, bo i wypłata zawsze była na czas, i kibel był z papierem toaletowym, i kawa i herbata ZA DARMO, a w holu na parterze budowlanego kontenera biurowego stało wielkie akwarium z piraniami. Nie śmiejcie się, szczęśliwcy, którzy też tak u swojego pracodawcy macie i myślicie, że to jest takie OCZYWISTE. Zaszumi, zawieje, i jutro pojedziecie do roboty z własnym mydłem w kieszeni i saszetką Sagi ku pokrzepieniu serc, bo od tego zaczynają się oszczędności, a kończą na Waszych pensjach. Nigdy zaś nie obejmują prywatnych lekcji nauki jazdy na kucyku dla dzieci Prezesa, ani zamiany opon w jego służbowym Audi A5 na gorsze. A piranie będą żarły mielonkę z Waszych kanapek, jeśli Prezes tak sobie zażyczy.

 

No i mieliśmy, rzecz jasna, kontrole z Państwowej Inspekcji Pracy. Behape, srehape, czy każdy ma gogle i rękawice, no i najważniejsze - czas pracy i pieniążki. Wszystko skrupulatnie zbadane, mandaty rozdane, tylko z jakiegoś powodu wszystkie kontrole dotyczyły jedynie tzw. pracowników fizycznych. Biurowi mogli pracować po 14 godzin na dobę, faktyczna rejestracja czasu pracy nie istniała, nadgodziny były niepłatne, ale KOGO TO OBCHODZI? Mieliśmy kibel, kawę i piranie, do jasnej cholery, to chyba powinno nam wystarczyć?!

 

I choć po prawie dwóch latach morderczej pracy, z wizytami w domu co dwa tygodnie (350 km w jedną stronę), ostatecznie doznałam załamania nerwowego z myślami samobójczymi w tle, odnowienia choroby wrzodowej i powrotu arytmii serca, to wciąż jednak całkiem mile wspominam ten akurat etat. Bo JAK NA POLSKIE STANDARDY to jednak był raj na ziemi.

 

Podobnie, choć może mniej wystawnie i bez piranii, było w innym, portugalskim konsorcjum, dla którego świadczyłam pracę, również przy budowie polskich dróg. Tu było jeszcze o tyle inaczej, że wszystkie wyższe stanowiska obsadzone były Portugalczykami. I choć mieli oni pewną przywarę, być może wynikającą z temperamentu - do 15:00 pili kawę, snuli się po korytarzach wykrzykując do siebie Bóg wie co po portugalsku i śmiali się z sobie tylko znanych dowcipów, jakby jutro miało nie nadejść, za to po 15:00 nagle zaczynali rwać włosy z głowy, że jakiś deadline, że ważne spotkanie, że raport miesięczny trzeba wydrukować, no i kończyło się na nadgodzinach - to wciąż było o tyle miło, że czuliśmy się u nich jak pracownicy, a nie jak uciśnione chińskie dzieci pracujące za miskę ryżu, które powinny się CIESZYĆ, że nie jedzą tego ryżu z podłogi i że w ogóle ktoś zechciał w zamian za pracę dać im ryż, a nie na przykład sto batogów na gołe plecy.

 

Tymczasem mój mąż od roku poszukuje pracy w promieniu 100 km od domu. Aktywnie. Codziennie, skrupulatnie przegląda oferty i wysyła CV. Jeździ na rozmowy kwalifikacyjne. Jakiś czas temu dostał etat, w jednej z polskich firm rodzinnych.

 

Na dziedzińcu przed firmą, w charakterze makabrycznej maskotki, tkwi dzień w dzień uwiązany do zgrzybiałej budy stary pies, charczący opętańczo na każdą przechodzącą osobę. Teren dziedzińca patroluje typowy, polski cieć, który ma obowiązkowo pięćdziesiątą grupę inwalidzką, drewnianą nogę i brak jedenastu zębów. Tacy są najtańsi, za nich jest dofinansowanie, a jeszcze się w pas kłaniają i po sygnetach Prezesa całują. Na tym samym dziedzińcu zaparkowane Porsche pana Prezesa, synka mamusi, szefowej mojego męża. Praca po 9h dziennie, oficjalnie 8, plus co druga sobota, oficjalnie żadna. Oficjalna pensja w umowie: najniższa krajowa, reszta w kopercie pod stołem. W biurze atmosfera łagrów, nikt nawet łba znad biurka nie podniesie na “dzień dobry”, kurtyna niewolniczego milczenia. Mydła w toalecie brak, ale nie czepiajmy się drobiazgów, grunt że Porsche błyszczy świeżo umyte.

 

Po trzech tygodniach oczekiwania na umowę o pracę i zebraniu wstrząsającego wywiadu w postaci opinii byłych pracowników firmy, małżonek miał coraz bardziej niewyraźną minę. Gdy pewnej nieoficjalnie pracującej soboty dostał od Prezesa kluczyki do służbowego busa i banknot do ręki, z poleceniem umycia pojazdu, coś w nim pękło (w małżonku, nie pojeździe). Ale busa umyć pojechał, spojrzał raz jeszcze na starego, pozbawionego złudzeń i nadziei psa, na Porsche, na halę produkcyjną, w której uwijali się ludzie ze spuszczonymi głowami i zdeptaną godnością, wrócił do domu i rzekł: tym razem nie popuszczę sku**nom. Choćbym miał jeść gruz i wodą ze stawu popijać.

 

Małżonka skonstruowała pismo najeżone paragrafami (bo małżonek był tak zły, iż palcem w klawiaturę trudność miał trafić), skutkiem wręczenia którego był popłoch wśród włodarzy firmy, błagania o litość i obietnice gruszek na wierzbie, włącznie z dokumentem zwanym umową o pracę i uczciwie wpisanym weń wynagrodzeniem. Ale my już jesteśmy starsi, niż głupsi, więc sprawa zakończyła się rozwodem z zadośćuczynieniem ze strony nieuczciwego pracodawcy. Tylko co dalej?

 

Dalej były kolejne rozmowy kwalifikacyjne, podczas których małżonek niejednokrotnie dowiadywał się, że ma zbyt wysokie kwalifikacje, a raz wprost mu powiedziano, że pewnie tylko czyha na stanowisko osoby go rekrutującej i w związku z tym figa z makiem i pieprzem mu w oko.

Doradziłam mu, żeby wyrzucił z CV tych wszystkich specjalistów, dyrektorów i kierowników, a zostawił tylko uprawnienia na wózek widłowy i w zainteresowaniach dopisał piłkę nożną albo wędkarstwo. Ale wtedy znowu praca na półczarno, za pół niewiadomoczego, przez pół doby, i jeszcze trzeba półgłowka udawać, żeby szef się w naszym towarzystwie źle nie poczuł.

 

Zajaśniało, jednakowoż, światełko w tunelu. Rozmowa kwalifikacyjna, jakieś dwa, może trzy tygodnie temu, małżonek bardzo zadowolony (ja trochę mniej, bo godzinę w upale w samo południe na niego czekałam), niedoszła szefowa rzekomo światła i horyzonty jej intelektu klapkami nie ograniczone... Pracownicy ponoć tak szczęśliwi, że gdyby nie rodzina, to by do domu nawet wcale wracać nie chcieli. A w kiblu zamiast wody i mydła płynie mleko i miód. Przynajmniej tak to widziała niedoszła szefowa. Na odchodne dodała, iż jej się mój mąż bardzo podoba (musiałam to przełknąć, zagryzając zagłówkiem w samochodzie) i że w sumie to już mu prawie może powiedzieć, że ta fucha jest jego. Ale żeby jeszcze czekał na telefon.

 

Czekał, czekał, w końcu machnął reką. Machnął obiema i poprawił kopniakiem w fotel, gdy w necie zobaczył, że ta sama firma właśnie szuka pracownika z gatunku “student, 150 lat doświadczenia, wszystkie grupy inwalidzkie, zarejestrowany w urzędzie pracy, najchętniej czarny, noszący w portfelu zdjęcie pradziadka zgiętego w pół na polu bawełny”.

 

Jakież było jego zdziwienie, gdy po dwóch tygodniach telefon jednak zadzwonił! Szefowa w swej własnej osobie, tłumacząc się problemami zdrowotnymi, komplikacjami zawodowymi i plagą stonki ziemniaczanej, zaprosiła go na rozmowę w celu omówienia szczegółów zatrudnienia. Co tam! - zakrzyknął radośnie mój mąż, - niech już nawet będzie za psi grosz, ważne że praca blisko domu i w miłej atmosferze!

 

Miła atmosfera, jednakowoż, na tej drugiej rozmowie przedstawiała się już nieco inaczej i bardziej przypominała przesłuchanie wrogiego działacza podziemia przez aparat władzy systemów minionych, przy użyciu lampy w oko. Mój mąż, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z “pana, który się bardzo podoba” stał się podejrzanym elementem, usiłującym niedoszłego pracodawcę okłamać, okraść, wykorzystać, po czym załzawionego nieboraczka porzucić, grzebiącego patykiem w dymiących zgliszczach niegdyś wspaniałego Zakładu Pracy. A mleko i miód z kibla siedziały obok i smutno kiwały głowami.

 

Małżonek otrzymał więc propozycję pracy w oparciu o “umowę o dzieło”, przy - jakie to oczywiste - jednoczesnym obowiązku świadczenia pracy przez 8h dziennie na terenie zakładu (kto nie zna przepisów prawa pracy lub nie wie, czym jest umowa cywilno-prawna, niech się szybko doedukuje, dla własnego dobra), za trochę ponad najniższą krajową i premię uznaniową w wysokości dwóch bananów za wypracowanie zysku wys. 250 tys. zł. w jeden miesiąc. Nadmienię tylko, że małżonek miał za zadanie stworzyć prężny galeon działu eksportu i z werwą dmuchać w jego żagle, by ten, prując fale koniunktury co miesiąc cumował w porcie Ćwierć Miliona, a firma produkuje taśmę klejącą. I dodam, choć już mi się nie chce, że umowa o dzieło z punktu widzenia prawa nie daje gwarancji żadnej wypłaty za samo w żagle dmuchanie przez 8h dziennie, choćby nie wiem jak ofiarne i rozedmą płuc okupione, tylko za wykonanie dzieła będącego przedmiotem umowy. Nie ma rączek, nie ma ciasteczek.

 

I ON SIĘ ZGODZIŁ! Tylko zanim się zgodził, zadał kilka inteligentnych pytań, tak odnośnie warunków zatrudnienia, jak niuansów technicznych dotyczących samej produkcji, transportu, wcześniejszych doświadczeń (dział eksportu już niby był, ale leżał zaryty po dziób na mieliźnie czyjejś nieudolności i do prującego fale galeonu było mu bardzo daleko), zwyczajów w zakresie śrubowania targetów w nieskończoność... I miał dziś jechać do tej firmy, po jakieś “materiały szkoleniowe”, a w poniedziałek stawić się w zakładzie. Ale wczoraj zadzwonił telefon. Już nie szefowa, ponoć niedostępna i nieuchwytna, ale sekretarka, która uprzejmie doniosła, że firma jednak “zdecydowała się zatrudnić kogoś innego”. Być może bez zęba, albo bez mózgu, za to takiego, kto nie będzie zadawał niewygodnych pytań, tylko wdzięcznie spijał ten wyimaginowany miód z kranu i mleko z kibla, na umowie śmieciowej, za niewiadomą dolę, w rozpylonej sprejem w powietrzu atmosferze pracowniczego szczęścia.

 

Poprzednie kilka lat małżonek przepracował dla jeszcze innej, również rodzinnej firmy (to takie, gdzie prezesem jest najczęściej synek rodziców, którzy tę firmę zakładali, zaczynając od sprzedaży budzików i sznurowadeł z łóżka polowego, a teraz synek ma Wielki Wóz i ego rozmiarów Jowisza), w której sprzątaczka po sześćdziesiątce kosiła trawnik przed budynkiem za pomocą nożyczek, za obietnicę dodatkowych 20 zł. Jednorazowo, nie na miesiąc.

Jakiś brak pytań? ;-)

 

To może puenta. Też przydługa, bo inaczej nie umiem.

Niedługo minie 40 lat, jak żyję i mieszkam w Polsce. Mam ciekawe doświadczenia zawodowe, bo nigdy nie byłam człowiekiem jednej profesji, który spędza całe życie przy jednym biurku. Pracowałam z Chińczykami, Portugalczykami, Brytyjczykami, no i Polakami. Byłam w budżetówce, w “sektorze prywatnym” oraz na czarnym rynku. I powiem Wam tyle: Polak Polakowi wilkiem. Polak Polakowi oko wykole. Polak pod Polakiem dołki kopie. Polak na niemieckim polu kapusty, albo w holenderskiej szklarni, winduje normy jak pomylony, bo pomylił PRACĘ ZA WYNAGRODZENIEM, z zapie*dolem ku chwale własnego ego, na koszt własnego zdrowia.

 

Przeciętny Polak ma już tak zryty beret, że nie ma własnego zdania, osobowości, poczucia godności, ani sprawiedliwości. Stał się zwierzęciem w dżungli, w której obowiązuje jedno prawo: zjedz kogoś, zanim sam zostaniesz zjedzony. Jeśli nie dasz rady zjeść, to chociaż zrań tak, żeby ten drugi nie mógł nawet uciekać.

 

Urodziłam się i 30 lat spędziłam w jednym z większych polskich miast. Kolejne 6 lat w mieście dużo mniejszym, bo tam był mój mąż - drugi wku*wiony rozbitek, usiłujący utrzymać twarz powyżej poziomu gówna. Od czterech lat mieszkamy w lesie, idąc za głosem Adasia z Dnia Świra (“w ogóle w nic się nie wdawać”), choć to, jak się okazuje, też nie wystarczy, by żyć w świętym spokoju.

 

Na krajową politykę i gospodarkę chyba nie ma sensu ścierać klawiszy, powielając to, co już mądrzejsi ode mnie nie raz pisali, poza tym chyba każdy ma telewizor, gazetę i pamięć długotrwałą? Zapytam więc tylko - jaki sens ma dzisiaj patriotyzm? Co mamy wyznawać - kult niemieckich, francuskich i portugalskich marketów? Brak własnego przemysłu i import ziemniaka? Moim patriotycznym zawołaniem jest więc od dziś : BÓB, HONOR, WŁOSZCZYZNA! Czyli moja ziemia, mój dom, moje warzywa i zwierzęta, oraz godność osobista, której jeszcze nikt nie opodatkował.

 

Od czterech lat nie mamy telewizji i ani razu nam jej nie brakowało. Mamy internet i jest on dla nas nieocenionym źródłem informacji o wydarzeniach bieżących, jak i źrodłem szeroko pojętej wiedzy. Internetu by nam brakowało... Tylko po co i kto by rozpatrywał życie bez internetu? Ano ktoś, kto w narastającej frustracji zaczyna rozpatrywać opcję życia bez obciążeń finansowych, z których może zrezygnować. Mleko, jajka, warzywa i owoce wyprodukujemy sami. Soli, mąki, oleju już nie. Prądu tym bardziej. Ani części do psujących się non stop samochodów. Wiecie już, do czego zmierzam? Zaczynamy zbliżać się mentalnie do idei mieszkania w beczce. Lekko zmodyfikowanej, ale jednak beczce. Bo już nie chodzi tylko o pracę i możliwość tak zwanego utrzymania się. W Polsce generalnie system jest przeciwko obywatelowi; by przetrwać w takim systemie, obywatele wyniszczają się nawzajem, bo przecież prawo dżungli.

 

Baterie mi się jednak na dziś wyczerpały, a apogeum złości przeszło w migrenę. Na tym kończę litanię narzekań, a wieko od trumny, tfu, beczki, powoli się przymyka...

 

KOMENTARZE

  • w sprawie beczki
    Historia z ostrzeżeniem.

    http://wdeska.wordpress.com/
  • Rzeczywistość, którą sami tworzymy,
    przybrała postać węża zaczynającego posiłek od połykania własnego ogona i jesteśmy już przy samej głowie.
    Pozdrawiam.
  • @zadziwiony 17:08:18
    Dziękuję za zamieszczenie tego linka. Znam to prawo (i jemu podobne), które godzi w podstawy wolności człowieka, jak również jego godność.
    Podobna historia miała miejsce w Wielkiej Brytanii, gdzie dwójka eko-ekscentryków wybudowała "samowolę" z materiałów pochodzących z darów, tudzież "śmieci" - zużytych opon, palet drewnianych itp. Zdziwiliby się Państwo, jak piękny dom postawili owi zapaleńcy. Spróbuję odnaleźć artykuł i wstawię link.

    Morał? Jeśli nie stać cię na taki dom, jaki pozwolimy ci wybudować, lub nie chcesz brać złodziejskiego kredytu na pudełko zapałek w mieście, to lepiej zamieszkaj w kartonie pod mostem, miej tę odrobinę przyzwoitości by zapaść na zapalenie płuc i zejdź z tego padołu, a przy okazji - nam z oczu.
  • @Kanionek 18:45:22
    Mam za sobą też podobną historię, której z oczywistych względów opisywał nie będę , albowiem nieprzyjazne uszy i oczy są wszędzie. Co dziwne, nawet wielcy wolnorynkowcy i liberałowie często uważają takie prawo budowlane za słuszne. Niestety, nawet mając własną ziemię jesteśmy niewolnikami, nie mogąc na niej mieszkać w sposób i warunkach jakie nam odpowiadają.
    Ponakładają takie kary i grzywny , że w końcu nas jej pozbawią na poczet tych kar. Do tego dzieci nawet odbiorą.
    Cóż , faszyzm niejedno ma oblicze.
    Życzę powodzenia w zmaganiach z systemem.
  • GORYCZ PRZEZ PANIĄ PRZEMAWIA...
    Ano taka prawda o Polsce. Nasz Kraj jest od roku 1926-go w niewoli masonów, nazistów i komunistów.
    Pani i Pani Mąż widzę (czytam) zaliczacie się do niewolników, którzy w tej sytuacji się źle czują. Sugeruję włączenie się do jakiejś niewolniczej organizacji i knucie oddolne, codzienne, skuteczne w dalszej perspektywie.
  • ---- witam :))) nawet kropkę,którą postawiłaś rozumiem
    / znakomite pióro /

    -dopiero co odkryłam i jestem pod wrażeniem PROSZĘ !! wysłuchaj razem z mężem

    http://www.youtube.com/watch?v=w3Qkvs191BI&list=PLxkCwqd8Bie_3xNwG_JjDFvi6QUm7VISB&index=16
  • ------ dopowiem ! dlaczego ten LINK
    ---jesteśmy osaczeni -właściwie nie mamy ruchu i nie ma znaczenia czy dzisiaj masz pracę / biznes --wszystko jest TAK !! ZAPROJEKTOWANE ,że jutro i TEN !! co ma i nie ma -spotkają się pod mostem !!

    Musimy UWIERZYĆ !! W SIEBIE w siłę KREACJI WŁASNEJ RZECZYWISTOŚCI / z autopsji wiem !,że to możliwe / ŚWIADOMOŚĆ WYZWALA -przynajmniej pozwala na walkę o siebie ! NIE MA NIC ! gorszego jak uczucie ,że na nic nie masz wpływu -że jesteś jak ślepiec i jeszcze we mgle -CZARNEJ SPOWIJAJĄCEJ mgle

    Są ludzie wybrani ! skorzystajmy z drogowskazów -które nam stawiają ! idzmi za nimi DO ŚWIATŁA

    NIE DAJMY WBIĆ się bruk -bo oni tak chcą !
  • @Kanionek
    Cześć :) /I pozdrów Kanionka!/

    Witam nową PT Blogerkę.

    Wejście smoka, ale i płacz, i zgrzytanie zębów. Dzięki Bogu - w ostrym sosie. Usiłujemy ratować się mentalnie ironią i czarnym humorem. Dopóki można...

    Na poważnie już: zapewne nie wszystkie polskie firmy są takimi sqrkojadami, jak opisujesz, jednak generalnie dawne apologetyzowanie Polaków przeszło mi prawie do zera.

    Zupełnie niedawno: Polak z USA przysłał do kraju dwa kontenery m.in. sprzętu do budowy swojego domu /kiedyś, w przyszłości, gdy wróci do ukochanej Ojczyzny/. Na cle w porcie służby państwowe, polscy celnicy dokonali wymuszenia rozbójniczego: albo płaci łapówę od każdego kontenera, albo powyciągają mu wszystko z tych kontenerów na nabrzeże /do oclenia/ przy pomocy ciągnika z hakiem /a potem niech się z tym wszystkim goni/... Co równa się całkowitej demolce sprzętu. To nie jest jakiś bogacz, a skromny finansowo facet.

    Kamionek jest Wasz?

    :)
  • Będąc młodym burżujem
    zatrudniałem niegdyś kilku montażystów dźwigów osobowych.
    Ponieważ ś.p. tatuś z mamusią kraść nie nauczyli, więc moi pracownicy mieli wszystko co ustawa przewiduje, umowy o pracę, nadgodziny, delegacje, BeHaPy, diety, srety i wszystkie inne bzdety.

    Rezultat był taki że zacząłem przegrywać cenowo z konkurencją, która nie przejmowała się pierdółami Prawa Pracy.

    Stanąłem przed alternatywą: albo zacząć okradać i wyzyskiwać pracowników albo pozwalniać wszystkich w kibienimater.

    Wybrałem to drugie.
    Teraz jestem firmą jednoosobową. Nie zatrudniam nikogo. Zlecam robotę i otrzymuję faktury.
    I mam ogromną satysfakcję mówiąc urzędasom z Inspekcji Pracy : "w tył zwrot. Odmaszerować."


    Kraj który umożliwia i jednocześnie wymusza omijanie prawa, musi upaść.

    Pozdrawiam Panią Inżynier.
  • @KOSSOBOR 23:27:55
    Witaj, Kossoborze :)

    Gdzieżby nas było stać na takiego rumaka... Koniem na miarę naszych możliwości (odpowiadającym żywotnym potrzebom społeczeństwa itd.) jest KOZA. Koza ma na imię Tradycja i jest, zdaje się, główną bohaterką mojego rozrywkowego bloga.
    Tytułowym zaś koniem, wstyd przyznać, jestem ja. Czasem Naszą Szkapą (nie mylić z Łyskiem! włosy jeszcze mam), czasem koniem trojańskim, a bywa że i koniem, który się uśmiał.

    Też chcę wierzyć, że nie wszystkie polskie firmy są takie złe, ale... Moje pierwsze wspomnienie, z pierwszej w życiu, wakacyjnej pracy, jest takie: sklep spożywczy znajomych mojej Mamy, tzw. prywaciarzy. Miałam 15 lat, więc jako pracownik nielegalny nie obsługiwałam klientów, tylko ważyłam cukier na zapleczu (pamiętacie cukier w szarych, papierowych torebkach? wyprodukowałam ich setki), nosiłam warzywa i owoce z piwnicy, sprzątałam, na polecenie szefowej polerowałam pokrytą nalotem kiełbasę przy pomocy szmatki nasączonej olejem... Znacie historie o przebijaniu wieczka jogurtu cienką igłą? JA TO ROBIŁAM. Wykrawało się pleśń z żółtego sera, poprawiało daty przydatności do spożycia i co najgorsze - nikomu przy tym powieka nie drgnęła. Tak jakby tych przeterminowanych produktów nie sprzedawało się LUDZIOM i jakby świat poza tym jednym sklepem nie istniał. Taka pani Basia z panią Jadzią nie imaginowały sobie, że robiąc kiedyś zakupy w sklepie na swoim osiedlu, zostaną w ten sam sposób oszukane. Że oszukają ich w szpitalu, u fryzjera, w mięsnym i w warsztacie samochodowym. Że ludzie to MY. Ja, ty i oni.

    Podajesz przykład z celnikami. Przez 5 lat i 4 miesiące byłam Funkcjonariuszem Celnym. W zielonej czapce z orzełkiem. I tam ostatecznie moja, naonczas beznadziejnie naiwna wiara w ludzi spakowała walizę, kupiła bilet na Syberię i do tej pory woli odmrażać sobie tyłek, niż wracać ;) Co ja bym mogła napisać, gdybym na odchodne nie podpisała kwitu o tym, że nic, nigdy, nikomu.

    Teraz jestem już tylko koniem, z wyboru. I faktycznie, tak jak to Pan Eugeniusz kilka komentarzy wyżej napisał, gorycz przeze mnie przemawia. Gdybym miała telewizję, zapewne jakaś usłużna reklama podpowiedziałaby mi, jaką tabletkę należy wziąć na egzystencjalną zgagę, a tak - pozostaje mi przegryźć owsem, popić sokiem z kiszonych ogórków i czekać na samoistną poprawę.

    Pozdrawiam :)

    Kanionek.
  • @Nibiru 21:42:33
    Chleba i igrzysk! Chleba tylko tyle, żebyśmy z głodu całkiem nie padli, za to igrzysk ile wlezie, bo to zajmuje nasze umysły.
    Kiedyś śmiałam się z filmu "Idiocracy". Po drugim seansie, zaledwie kilka lat później, Pani Zgroza zapukała do drzwi mojego umysłu pytając: Czy jest pani gotowa na upadek cywilizacji?
    Dziś śmiem twierdzić, że jeśli jako ludzkość skończymy tak, jak bohaterowie tego filmu, to będzie PÓŁ BIEDY.

    Depresja stała się przekleństwem dla jednych, a modą na sukces dla drugich. Na depresji można świetnie zarobić, pod warunkiem, że jest się koncernem farmaceutycznym. Dziś więc wmawia się ludziom, że jeśli są smutni po śmierci kota, to mają depresję, traumę i szok pourazowy, i na to koniecznie trzeba zrealizować kilka recept. To się również świetnie wpisuje w trend, o którym piszesz - jedzcie nasze tabletki, jesteśmy waszym jedynym DYSTRYBUTOREM SZCZĘŚCIA.


    Ja również serdecznie pozdrawiam,

    Kanionek.
  • @Kanionek
    Dobry tekst, dobry styl, a wszystko do d... Tylko w depresję można popaść i nabyć stosowne środki dystrybuujące szczęście. Żeby tak też i pomyślność dało się kupić.

    Dla mnie ta notka wskazuje, że zbliżamy się "do ściany" jako społeczeństwo. Jeśli będziemy głupi - nastąpi niekontrolowany wybuch gniewu. Gniewu bezsilności.
    Jeśli nie damy się stłamsić - rozpoczniemy poszukiwania przyczyn obecnego stanu i sposobów wyjścia z sytuacji.
    Indywidualnie nie da się już nic zrobić; potrzeba działań wspólnych, ale też ideowych.

    Pozdrawiam
  • A niech Ci się ręce święcą!!
    Ale ja o tej beczcce chciałam. I muszę Ci wylać na głowę kubeł (póki co państwowej) wody. Bo jest tak: jedna taka ma grunt. Nie zrobiła w porę czgoś tam administracyjnego, i z racji klasy gruntu (pic na wodę, ale w papiórach stoi jak byk III klasa) oraz zmany prawa, wybudować tam nie może NIC. Nawet tego kibla i wodociągu, które są wszak niezbędna na plantacji truskawek. (Czyt. na plantacji muszą być, ale na dobrej glebie, jakiej wymaga plantacja, zbudować ich nie lzia.)
    Nie stać tej kobity na to, żeby dokupić tyla gruntu, coby stać się rolnikiem (tj. posiadaczem 1,8 ham bo podobno az tyle potrza na to, by się na działce rolnej pobudować). (Na margiensie: oznacza to, że małorolny NIE zbuduje nawet wiaty dla kozy, więc i kozy se nie uchowa).
    W tej sytuacji zostaje to, co przedmówca był zapodał: objeść nieludzkie prawo. I zamieszkać w beczce. Czyli w czymś, czego przepisy (jeszcze) nie ogarniają. O Wozie Drzymały dyskutowalim na NE juz daaawno temu. Widzi mi się, że wrócimy do tego Wozu, oj!

    Wyjście dla w/w kobity byłoby jedno: założyć z innymi małorolnymi spółdzielnię. I Spółdzielnia (która już by się chyba kwalifikowała jako rolnik) by se pobudowała potrzebne jej obiekty (te tam wodociągi i kanalizę). ALE? Ale z tubylcami się tego zrobić NIE DA. Ano ja kanalizy ni mom, to ona tysz nie bedzie mieć, Kargul podydź do płota i posłuchej, bo jak nie, to ci kłonicom przetłumacze, żeby nicanic nie robić.
    To materiał na osobne studium socjologiczne (tylko po co się tym truć - hihi).

    Wniosek jest jeden: ci wszyscy, którzy mają starą, porządną, koministyczną maturę (potrafią czytać w dodatku ze zrozumieniem) powinni teraz cichutko usiąść i zacząć czytać odnośne dzienniki ustaw. W celu znalezienie luki:).

    No, w Twoje ręce! Uszy do góry! Witaj w klubie itp.

    Poprawiłaś mi humor od samego rana. Nie opisem sytuacji, bo ta jest jeszcze gorsza niz pisesz, ale faktem, że są osoby, które nie zatraciły ludzkich zdolności. Nie zleminżały. To przynosi DUŻĄ ulgę.

    Dobrego dnia!
  • Miss klacz Kanionka
    .
    Witaj,
    na zapleczu niszowego portaliku zwanego swojsko kasyno_Leon23 . Sielankowe towarzystwo domniemanych pozytecznych patriotöw, cudownie nawröconych kapusiöw , zawodowych bankrutöw wlasnych zludzen , artystöw , filozoföw, rezyseröw kina akcji i wszelkiej innej masci czerwonej holoty mniej lub wiecej utylizowanej.
    Notka z gatunku red-science -fiction jakich pelno tutaj ku zadowoleniu gawiedzi i managera skupu makulatury z sasiedztwa .
    Widocznie jestes po degustacji powitalnego wytrawnego wina owocowego czachojeb , marka towarowa FeldmarszaleK stad tresc notki .
    Pisz pisz dalej , szczegölnie fragmenty o pracy celnika i wypracowaniu 250k zysku to majstersztyk intelektu wyobrazni .
    Dlatego na powitanie dostajesz nagrode :Tombakowy Oskard in general .
    Fanfary
    https://www.youtube.com/watch?v=YtM19PcF3Ic
  • @Max von Stirlitz 08:48:59
    Witam, panie von Stirlitz :)

    Najwyraźniej zawiódł mnie "intelekt wyobraźni", którego posiadanie mi Pan przypisuje, gdyż Pański komentarz musiałam przeczytać trzy razy, by zrozumieć, jakie właściwie są mi stawiane zarzuty. "Zawodowi bankruci własnych złudzeń" bardzo mi się spodobali i owszem, zaliczam się do ich grona. Notka moja nie jest jednak z gatunku science-fiction, żadnego koloru (ideologicznie bliżej mi do zielonego, niż czerwonego, ale generalnie stronię od kolorowanek).

    Jeśli opisane w niej historie wydają się Panu nad wyraz absurdalne, to niechaj dotrze do Pana, że właśnie dlatego tytuł mówi o apogeum wku*wienia. Nie chciałoby mi się nawet laptopa otwierać, by żałośnie przynudzać o zjawiskach zwyczajnych, w stylu "szef mnie nie lubi, bo jestem od niego ładniejszy".

    Target 250k wydaje się Panu z Andromedy wzięty? Nie wiem, jakie ma Pan doświadczenia zawodowe, pozostaje mi jedynie pozazdrościć, że TAKICH JAK TO w Pańskim życiu zabrakło.

    Fragmentów o pracy celnika w moim tekście nie było i w żadnym nie będzie. Cóż więc Pan raczy kwestionować? Jeśli wyślę Panu skan Świadectwa Służby z zakrytym nazwiskiem, powie Pan, że znalazłam go w Internecie i przerobiłam programem graficznym?

    Jestem, jak to się ładnie mówi, "otwarta na krytykę", ale ten gatunek hejterskiego spamu, jaki Pan uprawia, zwyczajnie mnie obezwładnia. Nie wiem, co z takim czymś zrobić. Odniosłam się do tego, do czego się dało, reszta jest dla mnie bełkotem.

    Za utwór muzyczny dziękuję, słucham mocniejszych gatunków.

    Pozdrawiam,

    Ania z Zielonego Lasu
    zwana też Kanionkiem
  • Miss klacz Kanionek 13:02:42
    .
    Widze , ze jestesmy po wstepnej wymianie uprzejmosci i rzeczowej ocenie , Ty mojego , jak to ladnie nazwalas delikatnego spawu hejtera w kolorowym wydaniu belkotu , a
    Ja po ocenie wlasnej red-science-fiction story nazwanej BÖB , HONOR i Wloszczyzna . Z kropkowaniem nie powinnas az tak mitygowac sie , wkurwienie to stan umyslu kazdego Polaka wiec nie jest to zadna tajemnica .
    Bardzo sie ciesze , ze dolaczylas do szanooownegoo grona miejscowych kelneröw, klezmeröw.. tancerek na rurze , hostess na zmywaku etc.
    Jestes pierwsza klacza , ktöra möwi .
    .
    P.s. Raz jeszcze witam i pomyslnych wiatröw w fotel , weny ,
    Aniu z Zielonego Lasu .
  • @Max von Stirlitz 14:25:37
    'Bardzo sie ciesze , ze dolaczylas do szanooownegoo grona miejscowych kelneröw, klezmeröw.. tancerek na rurze , hostess na zmywaku etc.
    Jestes pierwsza klacza , ktöra möwi .'

    No cóż dziewięć błędów Stirlitz w tym tekście naliczyłem, ale nie o tym chciałem...
    Do której grupy z wymienionych przez Ciebie miejscowych indywidualności sam siebie zaliczasz? - tak z niezaspokojonej ciekawości pytam.
  • Pan Zadziwiony 18:08:38
    .
    Matka Teresa tanczaca na rurze *
    Bledöw nie masz co liczyc bo one sa dla mojego bezoieczenstwa . Nie chcesz chyba by hacjende odwiedzilo kilku smutnych miejscowych panöw z BND ?
    Dlaczego ksywke masz z malej litery , nie jestes Polakiem z Kalisza ??

    * autor pomyslu Coryllus
  • @Max von Stirlitz 18:25:07
    Panie i Panowie.
    Proszę nie karmić trola (pana Maxa). Proszę także mieć na uwadze, że dba, poprzez błędy, o swoje bezpieczeństwo i nie należy go narażać prowokując do kolejnych komentarzy. Panu już dziękujemy, podbnie jak Stasi, KGB...do wyboru. Proszę o pozostanie w ukryciu. Z góry dziękuję.
  • @p-strong 19:34:56
    .
    skad sie takie ciolki biora jak ty , bocian cie przyniösl z Egiptu ?
    obejrzyj sobie i pomysl troszke , o ile jest to mozliwe , czy Bög istnieje :
    http://www.redakcja.mpolska24.pl/6737/holokaust-chrzescijan
  • @Max von Stirlitz 18:25:07
    Z wrodzonej skromności. Nie mam takiej arystokratycznej ksywki jak Ty.
    No, nie jestem z Kalisza. Przedzieliła mnie z tym miastem dawna granica w Skalmierzycach. Ale często Tam bywam.
  • @Max von Stirlitz 20:17:53
    Powtarzam, nie karmić trola, sam umrze. "Zdziwiony" - nie odpowiadaj Maxowi.
  • @Kanionek 02:20:50
    Proszę Cię, owies z sokiem z kiszonych ogórków to kolka, ochwat i przemarsz wojsk. Kanionkowi polecam chrupanie surowej marchewki, dobrą trawę na pastwisku, a na śniadanie i kolację nieco owsa. Jak pracuje - to więcej, bo i na obiad jeszcze. Na noc - porcję siana, żeby się nie nudził. Jabłuszka kroimy na kilka części, coby w przełyku nie stanęło - koń nie może zwrócić. Chlebek tylko suchy. Woda - świeża, dobra. Na pastwisku latamy wokół konia ze szmatą i oganiamy go od much i gzów. Od gzów zwłaszcza, gzów bowiem nienawidzimy jak psów /niewiernych/. Zapewniamy koniowi towarzystwo. I w ogóle.

    ;)
  • @KOSSOBOR 00:08:28
    Co racja, to racja. W dobrym towarzystwie można nawet o samym suchym chlebie i wodzie. Przy Kanionku w charakterze takowego od 10 lat trwa małżonek.

    Miewam taki widok z kuchennego okna: malinowy zachód słońca, w powietrzu tańczące roje owadów, a leśnym duktem nieopodal, widoczne ponad łanem dzikich traw, przesuwają się majestatycznie sylwetki konnych jeźdźców. Wiem, że gdzieś w okolicy jest stadnina koni, ale lubię sobie wyobrażać, że oto przeniosłam się w jedną z krain Sapkowskiego i za chwilę jeźdźcy zawrócą, by spytać o nocleg, kufel piwa i michę parującej zupy.
    I choć zdarza się, że koniec tej kilkuminutowej bajki obwieszcza przecinający niebo samolot pasażerski, to są to chwile czarowne.

    Darz bór, i oby Twoim wierzchowcom nigdy nie zabrakło wonnego siana, a gzy się ich nie imały ;)
  • @bez kropki 08:06:56
    Witam i dziękuję za komentarz :) Obawiam się, że podczas czytania ostatniego ze stosownych Dzienników Ustaw może tych małych rolników zastać siwizna i zrzeszotnienie kości. Prawo nasze jest bowiem skomplikowane, niespójne, nad wyraz i na wyrost rozbudowane, nieprzyjazne przeciętnemu zjadaczowi chleba. To jest kolejny temat-rzeka. Założenie Spółdzielni jest trudne nie tylko ze względu na pogarszającą się jakość stosunków międzyludzkich.

    A propos sposobów na obejście idiotycznych przepisów prawnych, przypomniał mi się człowiek (o ile pamiętam nie z Polski), któremu prawo zabraniało na swym pastwisku postawić wiatę dla koni (wiadomo, ochrona przed nadmiarem słońca, czy innym gradobiciem). A że miał chłop fantazję i pieniądze, postawił na tym pastwisku ogromny stół i krzesła. Stół jak dla Goliata, pod którym mieściło się kilka zwierząt, a krzesła już tylko do kompletu. Bo stołu i krzeseł prawo stawiać nie zabraniało :)

    Pozdrawiam,
  • @Krzysztof J. Wojtas 07:16:41
    Panie Krzysztofie, mnie nurtuje jedno pytanie. Co będzie "po"? Po rewolucji, wybuchu, wyjściu z sytuacji, jak zwał, tak zwał. Czy mamy jeszcze jako naród, jako ludzie, potencjał niezbędny do stworzenia systemu lepszego, niż ten obecny? Czy może czeka(łby) nas klasyczny efekt jojo? Nie rozwijam myśli, zakładam że już Pan wie, do czego zmierzam.

    Pozdrawiam,
  • @Kanionek 01:10:23
    Darz bór!

    :)
  • Też o sprawach co bolą, ale nie o swoich
    Wieś biedna, w trakcie roztopów i jesienią nawet samochodem 4x4 trudno sie dostać. Z tej wsi pochodzili teściowie żony kolegi. Teściowie przenieśli się do miasta, a na gospodarce został dziadek i jego nieżonaty syn. Gospodarka kulała, ale jakoś sobie dawali radę z myślą, że wspomniani teściowie wróca na emeryturze na wieś. W tym celu teściowie urabiali kolegę by zainwestował w dom i gospodarkę. Odległość od aktualnego miejsca zamieszkania i pracy dobre pięć godzin jazdy samochodem.
    Każdy zaoszczędzony pieniądz szedł w gospodarkę, ą każdy dłuższy weekend rodzina siedziała na gospodarce i budowali dom i pilnowali pracy na roli. Dziadek zaniemógł, a jego syn nie dawał rady, więc po naradzie kolega kupił maszyny, by łatwiejszą uczynić pracę. Kolega zgodził sąsiada by jego maszynami obrabiać ich pole, a w ramach zapłaty mógł obrabiać nimi swoje pole. Wszystko szło dobrze do jesieni, a na wiosnę zgodzony pijaniuteńki, dla kurażu zapewne, zjawił sie w obejściu i pokrzykiwał, że on się nie da wykorzystywać i za bezdurno nie będzie robił i należy mu sie obok tego co dotychczas miał comiesięczna gratyfikacja, nawet w zimę. Za płotem stało kilku miejscowych w charakterze faktorów.
    Kolega nie popuścił i sam nawet w weekend jeździł obrabiać pole. Przypłacił to podpadniętym zdrowiem, a miejscowi przestali mu sie odkłaniać. Dziadek też był niezadowolony i uważał, że dla dobra stosunków kolega powinien płacić.
    W międzyczasie dziadek i jego syn zmarli i z całym kłopotem na głowie został kolega sam. We wsi mówią o nim nie inaczej jak burżuj.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031